Edukacja praktyczna, czyli nauczanie przez doświadczanie

folder_openSTEAM w pigułce
commentBrak komentarzy

Czy szkoła może być inspirująca, a nauka ciekawa? Czy może pobudzać kreatywność i rozwijać zainteresowania dzieci i młodzieży? Czy może zachęcać ich  do poznawania świata, otwartości na nowe i inne? Jeśli damy uczennicom i uczniom przestrzeń do odkrywania wiedzy i przyswajania nowych informacji, nie tylko w teorii, a poprzez zajęcia praktyczne, to jak najbardziej możliwe. 

Gdy patrzę na szkołę w Polsce, widzę nieatrakcyjny, nieprzystający do obecnej rzeczywistości, zmieniającego się świata i oczekiwań młodych ludzi pruski system edukacji. To oczywiste, że wymaga on zmiany. Jestem przekonany, że z czasem będzie lepiej, bo zmiany w edukacji już się zaczęły, ale równocześnie możemy i powinniśmy działać „na swoim podwórku”, w każdej placówce i oddolnie zmieniać szkołę. Gorąco do tego zachęcam nie tylko pracujących w szkołach, ale też i ich beneficjentów – uczennice, uczniów i ich opiekunów – i mam nadzieję, że swoimi projektami inspiruję trochę innych.

 

Czas zmienić myślenie o polskiej szkole

Przepisy przepisami, ale szkołę tworzą przede wszystkim ludzie. Przeładowaną podstawę programową można realizować jak za karę albo próbować uatrakcyjnić przekazywanie wiedzy. Dyktat ocen i wyników egzaminów można i trzeba zmniejszyć, bo przecież to nie prymusi najlepiej radzą sobie w życiu. Ponadto obecna w polskiej szkole presja sprawia, że wiele dzieci i nastolatków przepełnia strach przed weryfikacją ich wiedzy, oceną nauczycieli i tego, jak wypadną na tle innych. Towarzyszy im też niepewność o ich edukacyjną przyszłość: Czy zaliczę matkę? fizykę? Jakie będę mieć oceny na świadectwie? Czy dostanę się do tej szkoły? Wymarzonej klasy? Kierunek studiów? Co ze mną będzie, jak się nie dostanę…

 

Wielu młodych ludzi nie rozwija swoich talentów, tak jak mogliby to robić, gdybyśmy stworzyli im optymalne warunki do nauki. Widzę to na co dzień, jak borykają się z niska samooceną, niewiarą w swoje możliwości, a nierzadko zmagają się z różnymi lękami. Tymczasem skończenie najlepszej w rankingu szkoły, nie daje gwarancji na sukces zawodowy i osobistego spełnienia. Powinniśmy więc kierować dzieci do szkoły najlepszej dla nich, gdzie zauważa się ich indywidualne predyspozycje, daje poczucie bezpieczeństwa i przestrzeń do nauki nie tylko według utartych schematów, gdzie stymuluje się kreatywność, chęć nauki i działania, bowiem w miejscu, gdzie czują się dobrze, będą rozwijały skrzydła. Szukajmy więc placówek i edukatorów, którzy wzmacniają mocne strony, a nie skupiają się na tych słabych, oceniają wiedzę, a nie jej brak, które są niczym drugi dom, w którym i uczący się i nauczyciele czują się dobrze, chętnie do nich przychodzą i lubią w nich spędzać czas.

Trzeba zmienić też podejście do zadań domowych, bo teraz często całe rodziny są zaangażowane w naukę, a prace domowe wypełniają czas po szkole, nie tylko w tygodniu, ale i w weekendy. Dzieje się to kosztem odpoczynku dzieci (a przecież spędzają w szkole nawet po 8 godzin – to jak etat!) i ich pasji, na które po prostu często nie mają czasu. Najpierw dziecku trzeba pomóc, bo zaczyna szkołę, uczy się czytać i pisać (swoją drogą niektóre polecenia w podręcznikach, nawet tych w klasach 1-3, są niezrozumiałe nawet przez dorosłych). Potem duży przeskok – 4 klasa, więcej przedmiotów i więcej nauki, a dalej coraz więcej godzin w planie lekcji. Najbardziej przeładowana jest chyba 7 klasa (tak się dzieje, gdy program z 3 gimnazjalnych klas, trzeba przerobić w 2 lata po powrocie do 8-letniej szkoły podstawowej). Od moich uczennic i uczniów wiem, że właśnie wtedy często muszą  rezygnować z zajęć dodatkowych  np. z judo, treningów piłkarskich czy kółek plastycznych, bo plan lekcji jest zapełniony po brzegi i spędzają tak dużo czasu w szkole, a po niej czeka na nich przytłaczająca ilość zadań domowych. 8 klasa to ciągłe powtórki, przygotowanie egzaminów, a więc sprawdziany, testy, również korepetycje. Wszystko kręci się egzaminów ósmoklasisty oraz ocen na świadectwie, czyli dochodzą poprawy ocen, ponowne zaliczanie całych partii materiały i prace dodatkowe. Musimy też pamiętać, że ciężko porównywać oceny, bo w jednej szkole piątki są stawiane często, w innej ich zdobycie graniczy z cudem, tam gdzie jeden nauczyciel wystawi 4, inny postawi zaledwie 2. Znam klasy, gdzie na 25 dzieci 23 ma czerwony pasek, ale też takie, gdzie na 30 uczennic i uczniów, czerwony pasek ma 1 osoba. Najlepiej oczywiście, by świadectwo było z czerwonym paskiem, bo daje 7 punktów. Trzeba jeszcze zadbać o wolontariat, bo to dodatkowe 2 punkty, które mogą zaważyć o przyjęciu do wymarzonej szkoły średniej. A potem okazuje się, że tutaj znacznie trudniej otrzymać dobrą ocenę, bo kryteria oceniania są inne (piątkowi i szóstkowi uczniowie i uczennice w szkole podstawowej w liceum często osiągają przeciętne wyniki), ponadto oceny nie mają tutaj takiego znaczenia. Wiadomo, że trzeba zaliczyć materiał, klasę, ale po przepełnionej presją ocen podstawówce, zmiana podejścia do oceniania w szkole średniej może budzić, jeśli nie lęk, to na pewno duży dyskomfort. Dobrze, by nastolatkowie i ich rodzice też zmienili swoje myślenie. Ważniejsze bowiem od średniej ocen jest skupienie się na wybranych przedmiotach (świetnie, jeśli będą to te rozszerzone, ale pamiętajmy, że klasę można zmienić, jeśli zmieni się zamysł na dalszą edukację czy drogę zawodową). W szkole średniej ważniejsze jest rozwijanie pasji i zainteresowań, niż dobre oceny ze wszystkich przedmiotów. Niestety funkcjonując przez lata w systemie, który jest nieustannym wyścigiem, ciężko jest na przejść nad taką zmianą do porządku dziennego. Szkoła średnia to czas na sprofilowanie swoich zainteresowań i rozwój najmocniejszych stron. Presja zaczyna się znów na nowo przed maturą, bo wyniki egzaminu maturalnego decydują o dostaniu się na studia…

I tutaj zachęcam do chwili refleksji. Jakie przełożenie na sukces zawodowy czy zaradność życiową ma ocena na świadectwie, dajmy na to w 6 klasie z geografii, albo procentowy wynik na maturze z języka polskiego?

 

Nauczanie przez doświadczanie, czyli jakie?

Zachęcam moje koleżanki nauczycielki i kolegów nauczycieli, by zostawili za sobą myślenie, że wszystko jest ważne (oczywiście dla każdego z nas najważniejszy jest jego przedmiot, ale nie wszyscy muszą rozumieć całki, pisać piękne eseje czy stać na rękach). Warto tłumaczyć dzieciom i ich rodzicom, że nie wszystko trzeba wiedzieć, nie wszystkiego trzeba się nauczyć na 100% i nie należy uczyć się wszystkiego na pamięć. Ważniejsze jest, by rozumieć zagadnienia, wyciągać wnioski, potrafić znaleźć potrzebną informację, rozwiązanie problemu, poradzić sobie w życiu. A najlepiej to wychodzi, gdy coś sami zrobimy, sprawdzimy, wypróbujemy, zdobędziemy własne doświadczenie.

Często jako przykład praktycznej edukacji podaję sytuację z początku mojej drogi zawodowej. Historia jest związana z pieczeniem tortów w przedszkolu. Pracując z 25-osobową grupą czteroletnich przedszkolaków, postanowiłem, że będziemy piekli torty. Mój pomysł wzbudził sporo kontrowersji i sprzeciwów, zewsząd i wciąż słyszałem, by tego nie robić, że to się nie uda, nie ma sensu… ale nie miałem wątpliwości, że torty – choć inne niż te kupione w cukierni – będą wyjątkowe, bo zrobione przez moich małych podopiecznych i z wielkim zaangażowaniem. Dzieci uczestniczyły w odmierzaniu i mieszaniu składników na ciasto, samodzielnie przygotowywały krem i po swojemu dekorowały tort, pracowały w grupie, wspólnie decydowały jak ma wyglądać ich dzieło, jak chcą je pokolorować. Widząc wtedy ogromną radość dzieci i to, jak bardzo to zadanie wzbudza ich ciekawość, kreatywność, zaangażowanie, skupienie, przekonałem się, że było warto. Gdybyśmy tylko rozmawiali o robieniu tortu, wiele rzeczy by się zwyczajnie nie zadziało. Tłumaczenie, że jeśli będą ubijać za długo śmietanę, zrobi się z niej masło, nie trafiłoby tak do ich wyobraźni, jak to, gdy to masło zobaczyli, gdy przesadziliśmy w swoich staraniach uzyskania kremu idealnego. „Projekt tort”  nauczył ich na przyszłość, że dobrze zaplanować pracę i podzielić obowiązki, przygotować wcześniej listę produktów i zrobić zakupy, odmierzać proporcje według przepisu i nie bać się robić dekoracji według własnego pomysłu, a wspólne zjedzenie tortu i celebrowanie wspólnego czasu po dobrze wykonanym zadaniu cieszy najbardziej. Ponadto zrobiliśmy wokół tortu więcej działań: jego kopię z kloców, narysowaliśmy własnoręcznie zrobione cukiernicze dzieło różnymi technikami, rozmawialiśmy o różnych możliwościach pieczenia, dekorowania, gotowania, co przełożyło się na kolejne pomysły gastronomiczne nie tylko w naszym przedszkolu, ale też wspólnym gotowaniu dzieci z rodzicami w domu.

To nie banały, że praktyczne lekcje zostają w pamięci, a teoria szybciej wyparowuje. Nudne lekcje, treści przekazywane w nieatrakcyjny sposób, nie są zapamiętywane. Wiedza z podręcznika zawsze jest mniej trwała niż informacje zdobyte przez osobiste poznanie, ciekawie opowiedziane, z zapadającymi w pamięć przykładani, kreatywne zajęcia i praktyczne doświadczenia. Ponadto twórcze, oparte na doświadczaniu lekcje, są lubiane przez uczniów i miło przez nich wspominane, a to zachęca do dalszej nauki i poszerzania wiedzy.

Kreatywność – całe morze możliwości

Jednak wracając do polskiej szkoły. Nauczyciele są uczeni, by przyuczać uczniów do schematów, wpasować w wygodne i bezpieczne – bo znane i przewidywalne – ramy zachowania. Na szczęście są nauczyciele, którzy opuścili stary system „klucza” i sięgają po inne, nietuzinkowe, wyszukane, nieograne formy pracy, by inspirować uczniów. To nauczyciele kreatorzy, którzy uczą w twórczy sposób. Wychodzą na lekcje na dwór, uczą w systemie pozaklasowym, dzielą się wiedzą w sposób nie tylko książkowy, teoretyczny, ale też pozwalają doświadczyć, dotknąć, zobaczyć, wypróbować i poczuć trochę innej czasoprzestrzeni. Doceniają inicjatywy uczennic i uczniów, zauważają ich indywidualność i wspierają rozwój, a nawet inspirują się ich pomysłowością, bo twórcza atmosfera jest zaraźliwa (wiem coś o tym 😊). Przybywa też rodziców, którzy świadomie zachęcają dzieci do kreatywnej zabawy, która może uczyć i nauki, która nie musi wiać nudą.

Zachęcam do tego, byśmy pozwalali młodym ludziom dzielić się wiedzą. Jeśli ktoś widział Akropol podczas wakacji, niech ma możliwość o tym opowiedzieć na lekcji historii. Jeśli ktoś nauczył się grać w bule, pozwólmy, by zagrał z kolegami z klasy, będzie okazja do emocjonujących rozgrywek i poznania zasad nieznanej wcześniej gry. Jeśli ktoś odkrył aplikację rozpoznającą rośliny lub ptaki po ich śpiewie, wybierzmy się z dziećmi do parku, by poznać występujące w nim gatunki. Ważne, byśmy słuchali nasze uczennice i uczniów i pozwalali im pokazać w jakiej formie chcą zdobywać wiedzę. Będą oczywiście tacy, którym będzie odpowiadał standardowy system nauki (zmiana ma to do siebie, że wymaga czasu), będą tacy, którzy chętnie będą korzystali z książek, będą zwolennicy tablic multimedialnych, będą też inni, którzy wybiorą naukę przez doświadczenia na lekcji. Chodzi o to, by lekcje były ciekawe, przekazywane w urozmaicony sposób, bo to sprzyja przyswajaniu wiedzy i jej zapamiętywaniu.

Jeśli będziemy pozwalali dzieciom i młodzieży myśleć niestandardowo, chodzić swoimi ścieżkami, eksperymentować, doświadczać, podejmować niestandardowe inicjatywy, wykonywać zadania w inny niż zwykły, wcześniej znany czy pożądany sposób, jeśli będziemy i pozytywnie oceniali to twórcze, indywidualne podejście, będziemy wzmacniali ich samych, ich kreatywność i zaangażowanie. Dlatego gorąco zachęcam do rozwijania indywidualnych i kreatywnych inicjatyw. Przy czym ile nauczycielek i nauczycieli, tyle sposobów na przekazywanie wiedzy. W mojej szkole  im. Kawalerów Uśmiechu w Śremie poszliśmy w kolory, bo kolorowa szkoła pobudza kreatywne myślenie i pozytywne nastawienie, inspirujemy się książkami, mamy własne kino, pracownie: cukierniczą, krawiecka i lego, hodujemy renifery, tworzymy miasteczka tematyczne, w tym słynne na całą Polskę miasteczko dyniowe. Jesteśmy szkołą bez zadań domowych i bez dzwonka, na koniec roku rozdajemy wszystkim uczennicom i uczniom świadectwa z kolorowym z paskiem, by docenić nie tylko najlepsze wyniki w nauce, ale też bycie koleżeńskim, wolontariat, artystyczną duszę czy działania na rzecz szkolnej społeczności. To szkoła, w której sam chciałbym się uczyć jako dziecko. Szkoła, do której jest więcej chętnych niż mamy miejsc. To działa!

 

Autor: Jakub Tylman – pedagog, który z pasją zmienia polską szkołę, nauczyciel przedmiotów artystycznych, inspirujący swą kreatywnością. Twórca nowoczesnych projektów edukacyjnych oraz nieszablonowych rozwiązań w edukacji, dla którego “niemożliwe nie istnieje”.  Inicjator ogólnopolskiej kampanii społecznej “Szkoły bez zadań domowych” i akcji “kolorowe świadectwa”. Członek Rady programowej fundacji “Teach for Poland”. Ambasador programów edukacyjnych Be.Net oraz Be.Eco. Odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej za zasługi dla oświaty i wychowania. Laureat nagrody niezależnego jury i nagrody publiczności w I edycji ogólnopolskiego konkursu eduSensus Education Awards – tytuł Pedagog Roku.